Życie offline już się skończyło

Młody mężczyzna trzymający laptopa w rękach

fot. istockphoto.com

Żyjemy jako dane: ćwierki na Twitterze, posty na forach i Facebooku, fotki na Instagramie, wyniki wyszukiwarek, oznaczenia na zdjęciach, ulubione zakładki, playlisty na YouTube… W momencie, w którym otworzyliśmy drzwi do epoki cyfrowej, skończyło się nasze życie offline.

W 1986 roku, gdy nikt nie słyszał jeszcze o czymś takim jak Big Data, jedynie 6% materiałów występowało w formie zdigitalizowanej. Dzisiaj już blisko 90% całej naszej kultury ma postać cyfrową. Prezes Google’a twierdzi, że w ciągu 48 godzin produkujemy więcej danych niż w okresie od początku powstania cywilizacji do 2003 roku. W łańcuchu ewolucji przedstawiamy kolejne ogniwo: homo cyberneticus. Czy wiemy jednak, jak bardzo nasze życie zmieniło się właśnie za sprawą danych?

Dowód 1 – Życie towarzyskie

Przypadkowi ludzie wiedzą o Tobie więcej niż bliscy i rodzice? Witaj w epoce cyfrowej, w której kilka kliknięć myszką wystarczy, aby prześwietlić kawałek Twojego życia!

Opowieść o totalnej anonimowość w sieci można włożyć między bajki. Podobnie jak anonimowość w życiu towarzyskim. Wiedza o każdym z nas jest na wyciągnięcie ręki, a raczej na wyciągnięcie smartfona. Nie trzeba jasnowidza, wystarczy wprawny analityk internetowy, który po nitce (czyli po plikach cookies) dojdzie do kłębka (do konkretnego użytkownika sieci). Wystarczy rzut oka na media społecznościowe, które są największą kopalnią wiedzy o nas, aby wyłapać jakieś smaczki. Pani siedząca trzy stoliki obok ze smartfonem w ręku wykona kilka kliknięć na fejsie i już wie, że masz 32 lata, chociaż stylizujesz się na 20. Wie, że masz na imię Jan, choć przedstawiasz się jako Oliwier. Wie, że rockowa kurtka z naszywką AC-DC na plecach to podpucha, bo na co dzień mieszkasz z matką, która wrzuca na fejsika wasze słit focie z sernikiem w tle. W jej oczach jesteś spalony. Big Data dała jej duży obrazek: to nie jest mój target.

Narzekasz na brak prywatności i anonimowości w sieci? Ale przecież po części sam się ich zrzekłeś, dobrowolnie decydując się na udział w onlajnowym życiu. Dlatego nie ma co płakać – należy zakasać rękawy i zadbać o swój osobisty e-wizerunek. A to oznacza, że trzeba nauczyć się zarządzać swoimi danymi i przemyśleć udostępniane treści. Kiedyś mówiło się o kimś takim, że „wie, jak się w życiu ustawić”. Dzisiaj powinniśmy raczej mówić: „wie, jak się w życiu pozycjonować”. Jeśli jesteś naprawdę dobry w klocki zwane SEO (Search Engine Optimization), to Twoje dane wyświetlają się na pierwszej stronie SERP-ów (Search Engine Results Page), czyli np. wyników wyszukiwania Google. To dowód, że publikowany przez Ciebie content jest wartościowy, widoczny i umiesz sprzedać swoje dane.

Z raportu firmy Chitika Inc. wynika, że 91% wszystkich wyszukiwań treści i 35% kliknięć w sieci kończy się właśnie na pierwszej stronie wyszukiwań Google’a. To tutaj gromadzi się przytłaczająca większość internetowego ruchu danych. Drugą stronę wyszukiwań odwiedza tylko 5% internautów. Wniosek jest prosty: jeśli wespniesz się na pierwszą stronę największej wyszukiwarki świata – możesz mieć pewność, że w życiu towarzyskim również będziesz na świeczniku.

Dowód 2 – Praca

Internet to nie Disneyland, to raczej pole minowe. Jeden niewłaściwy krok – i wylatujesz w powietrze.

Wystarczy jeden głupi komentarz (Twój lub Twoich znajomych), kontrowersyjna strona, którą zalajkujesz, niefortunne zdjęcie z piątkowej imprezy – i jesteś na wylocie lub na cenzurowanym. Jeśli w komentarzu na fejsiku chlapnąłeś, nazywając swojego szefa „gburowatym kretynem”, a w geście solidarności zalajkowało Twój post kilkanaście osób, to prawdopodobieństwo, że wśród ich znajomych jest ktoś, kto zna Twojego szefa i ma go „zafriendowanego”, niebezpiecznie zbliża się do 1. Jeszcze większy bigos robi się wówczas, gdy tego samego szefa masz w swoich znajomych.

Szukasz pracy albo masz umówioną rozmowę kwalifikacyjną? Zadbaj najpierw o porządek na swoim wallu. Specjaliści od HR wiedzą, że prześwietlenie Big Data w portalach społecznościowych powie im o Tobie więcej niż zgrabnie napisane CV i przejmujący list motywacyjny. Dane to ich okno na Twój świat.

Z badania przeprowadzonego przez TrustedID Reppler wynika, że z grupy 300 pracodawców aż 91% wykorzystuje w trakcie tzw. prerekrutacji portale społecznościowe do wyszukiwania najbardziej pożądanych kandydatów. Prym wiodą: Facebook (76% wskazań), Twitter (53%) oraz LinkedIn (48%). Warto zwrócić uwagę, że na pytanie: „Czy kiedykolwiek zdarzyło ci się odrzucić kandydata z powodu tego, co znalazłeś w sieci na jego temat”, aż 69% potencjalnych pracodawców odpowiedziało twierdząco. Na precyzujące pytanie: „Dlaczego ich odrzuciłeś?” pracodawcy odpowiadali najczęściej: „Zamieścił niestosowne zdjęcie lub komentarz, lub wpis o byłym pracodawcy” (33% wskazań), „Zamieścił treści związane z alkoholem lub innymi używkami” (19%), „Zademonstrował kiepskie umiejętności komunikacyjne” (11%).

Zmartwiony przedsiębiorca pochylony nad laptopem

for. istockphoto.com

Wniosek płynący z tych badań jest prosty: Big Data to Twoja wizytówka w sieci. Moderuj treści na Twój temat. Bo nigdy nie masz pewności, czy w tym momencie Twojego internetowego profilu nie przegląda headhunter HR z firmy, w której zawsze chciałeś pracować.

Dowód 3 – Cyfrowe miłostki

Pamiętacie film „Ona” z Joaquinem Phoenixem w roli głównej? Osią kompozycyjną całej fabuły była – skądinąd w pełni analogowa – miłość Theodora do inteligentnego systemu operacyjnego imieniem Samantha. Granica między tym, co analogowe, a tym, co cyfrowe (wirtualne) ulega tu zatarciu. Często traktuje się ten film jak niegroźną futurystyczną wizję. Tymczasem jesteśmy już na najlepszej drodze ku temu, by scenariusz Spike’a Jonze stał się rzeczywistością.

Zaczęliśmy randkować cyfrowo, a umożliwia nam to Tinder, apka podbijająca rynek amerykański i powoli znajdująca fanów w Polsce. Wykorzystując zbiory danych (Big Data) i analizując pliki cooki, Tinder podpowiada, którzy ze znajdujących się w pobliżu użytkowników mogliby wpaść nam w oko. W ten sposób randkuje już 10 mln osób dziennie. Zamiast wierzyć w miłość od pierwszego wejrzenia – wolimy najpierw dokładnie przyjrzeć się naszej potencjalnej randce. Przesuwamy palcem po ekranie smartfona: albo w lewo (pasztet, randka odpada), albo w prawo (ciacho, zaczynam robić make up). W ten sposób segmentujemy ludzi na tych, z którymi chcielibyśmy pójść na randkę i tych, z którymi za żadne skarby nie usiedlibyśmy przy jednym stole. Stosujemy algorytm zero-jedynkowy. Możemy też zdefiniować parametry, jakie powinna spełniać osoba, która będzie naszą potencjalną randką, tzn. wyselekcjonować dane pożądane przez nas. Dzięki Big Data dokonujemy targetowania naszej randki.

Ktoś może zapytać – gdzie tu miejsce na „pierwsze wrażenie”, na ten dreszczyk emocji towarzyszący pierwszemu spotkaniu twarzą w twarz, skoro wystarczy przewertować sieć i doszukać się informacji o naszej potencjalnej randce. Z drugiej jednak strony, to właśnie dzięki danym randkujący nie kupują już kota w worku i wiedzą, co może ich czekać. Z trzeciej strony pojawia się kluczowe pytanie: czy potrafimy z tych danych zrobić użytek? W słowniku analityków brzmiałoby to tak: czy potrafimy przekształcić Big Data w Smart Data? A w slangu randkujących: czy z tego wszystkiego, co o niej wiem, potrafię ułożyć jakiś tekst na bajerę? Konwersja może zadziałać albo tak, jak na załączonym obrazku – czyli nie zadziałać (bo po co pytać, skoro wszystko się wie), albo zadziała na naszą korzyść, dzięki czemu zaiskrzy. Jeśli znamy zainteresowania partnera bądź partnerki – np. wiemy, że lubi włoską kuchnię i podróże po Azji – to wiemy też, gdzie się umówić i o co pytać. Dane otwierają przed nami bezpieczny teren do komunikacji, o ile tylko potrafimy z nich korzystać.

Życie po danych

W Wilku z Wall Street Mark Hanna, rozmawiając z Jordanem Belfortem o cyklach giełdowych i technikach rozmów z inwestorami, pyta go, czy wie, co to jest „fugazi”. I momentalnie odpowiada: To lipa. Ściema. Pic na wodę. Gwiezdny pył. Być może wiele osób myśli podobnie o Big Data – że to pustka, powietrze, przejściowa moda, Wielkie Nic.

Tymczasem Big Data to nie przelewki. To realne, namacalne, dotyczące bezpośrednio Ciebie dane wpływające na Twoje życie. Pozytywnie lub negatywnie. Zakulisowo lub jawnie. Celowo lub przez przypadek. Pytanie nie brzmi już: czy Big Data zmieniło moje życie, lecz raczej – w jakim stopniu je zmienia?

O autorze:

Piotr Prajsnar

Piotr Prajsnar -CEO Cloud Technologies, koncentruje się na wykorzystaniu danych oraz zastosowaniu maszynowego uczenia w reklamie internetowej. Jego działalność można ująć w trzech słowach: Big Data Marketing.

Komentuj za pomocą Facebook'a

Komentarze (1)

    • Joanna

      8 kwietnia 2015r. 9:55

      Zgadzam się z autorem. Nie zdajemy sobie sprawy, jak internet wpływa na nasze życie… czy negatywnie? tego nie potrafię powiedzieć, bo to zależy od stopnia „uzależnienia”. Jak to w życiu jest – można używać wszystkiego, ale z odpowiednim umiarem.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Administratorem danych osobowych jest NNV AG. Twoje uprawnienia.