Pasja życiowym paliwem. Rozmowa z Rafałem Sonikiem

Rafał Sonik

fot. archiwum Rafała Sonika

Historii sportowców, którzy u schyłku kariery postawili na biznes, jest wiele. Przedsiębiorców, którzy dopiero po czterdziestce zaczęli zawodowo spełniać swoje sportowe marzenia, jest mniej. A takich, którzy wygrali do tego najbardziej morderczy wyścig na świecie – tylko jeden.

O analogiach między biznesem i sportem oraz czerpaniu satysfakcji z jednego i drugiego rozmawiam z Rafałem Sonikiem – doświadczonym przedsiębiorcą, filantropem i zapalonym sportowcem, który stanął na najwyższym podium Rajdu Dakar jako pierwszy Polak w historii.

 

Rób to, co jest Twoją pasją, a na pewno odniesiesz sukces i będziesz szczęśliwy”. To parafraza słów Pana ojca, które jak Pan często wspomina, wziął Pan sobie do serca i sprawiły, że jest Pan teraz tu, gdzie jest – z wieloma zwycięstwami w sporcie, niebywałymi osiągnięciami w biznesie i reputacją dobrego człowieka. Czy te słowa to prosta recepta na udane życie?

Jedna, prosta recepta na udane życie z pewnością nie istnieje. Jest to kwestia zbyt osobista, żeby wskazywać konkretny czynnik determinujący to, czy będziemy szczęśliwi czy nie. Pasja natomiast bez dwóch zdań jest bardzo istotną zmienną w osiąganiu celów i satysfakcji. Niezależnie od zawodu, jaki wykonujemy, czy statusu społecznego, życie z pasją bezpośrednio łączy się z pozytywną energią, którą wkładamy w każde nasze działanie, a tym samym dajemy mu wartość. Nie zapominajmy jednak, że podążanie za pasją to nie jest droga usłana różami. To jest rajd w trudnym terenie, który daje przyjemność i satysfakcję, ale czasem towarzyszy mu ból po upadku, bezradność w przypadku niezależnej od nas awarii, a przede wszystkim wymaga od nas ciężkiej pracy, wysiłku i hektolitrów wylanego potu.

W Pana karierze od samego początku biznes i sport się przenikają. Jakie analogie dostrzega Pan między nimi?

 

Dwie podstawowe analogie, jakie dostrzegam w przypadku rajdów terenowych i biznesu, to planowanie oraz zaufanie do współpracowników.

 

Przez lata startów wypracowaliśmy z moim zespołem wiele schematów. Mamy zaplanowaną każdą minutę przed startem etapu. Każdy ma swoje obowiązki i kiedy dopilnujemy wszystkich detali, nasza maszyna funkcjonuje bez potrzeby dodatkowego oliwienia. Co więcej, każdy z członków zespołu postrzega nasz wspólny cel jako własny i dzięki temu wiem, że mogę mieć do niego pełne zaufanie.

Te same schematy funkcjonują w biznesie. Ludzie, których zatrudniam, w znaczącej większości pracują dla mnie przynajmniej kilkanaście lat. W komunikacji wystarczy nam krótki, rzeczowy SMS, by podjąć decyzję. Dzięki temu nie muszę być całym sobą zaangażowany w życie firmy i mogę poświęcić czas działaniom na innych płaszczyznach.

Mówi Pan o sobie, że jest przedsiębiorcą, a nie biznesmenem. W czym tkwi różnica?

Zasadnicza różnica tkwi w tym, że dla biznesmena pieniądze są celem, a dla przedsiębiorcy tylko środkiem do jego osiągnięcia. Biznesmen koncentruje się na pomnażaniu zysków, a mnie zupełnie nie interesuje miejsce w rankingu najbogatszych Polaków. Będąc nastolatkiem, zacząłem prowadzić biznes, żeby kupić sobie narty i móc startować w zawodach. Później priorytety się zmieniły, ale pieniądze zawsze były dla mnie tylko środkiem. Oznaczały przywilej kreowania wartości, reprezentowania kraju w sporcie czy inwestowania w społeczeństwo poprzez wsparcie Stowarzyszenia Siemacha.

Zaczynał Pan od sprzedaży nart, później handlował sprzętem sportowym. Krokiem milowym w Pana działalności było wprowadzenie do Polski największych koncernów światowych, które teraz w polskim krajobrazie gospodarczym są oczywistością. W 1992 roku McDonald’s, w 1994 koncern naftowy BP. Skąd ponad 25 lat temu wiedział Pan, że to dobry, intratny kierunek, że pomysł zaskoczy, że to dla niego odpowiedni czas?

Lech Wałęsa obejmując urząd prezydenta, mówił o tym, że Polska potrzebuje generałów. Takich jak General Motors czy General Electrics. McDonald’s również był jednym z takich generałów. Symbolem Zachodu i namacalnym znakiem wielkich przemian. Staliśmy na stacji, z której ruszał pociąg. Komu udało się do niego wsiąść, mógł być niemal pewny sukcesu. Doskonale zdaję sobie sprawę, że w tamtych latach niemal każdy biznes miał ogromne szanse powodzenia. Przedsiębiorcom było zdecydowanie łatwiej rozwinąć skrzydła niż teraz. Mając tak znaczących partnerów, mogliśmy być pewni, że kierunek jest właściwy. My natomiast musieliśmy zadbać, by po naszej stronie było odpowiednie zaangażowanie.

Postawił Pan też na galerie handlowe i otworzył jeden z pierwszych domów handlowych w Krakowie – Elefant. Dlaczego wybrał Pan taki kierunek?

Kierunek był naturalny i wynikał z drogi, którą przeszliśmy wraz z moim zespołem w Gemini Holding. Wyspecjalizowaliśmy się w wyszukiwaniu dogodnych lokalizacji i budowaniu wielkopowierzchniowych sklepów. Tak, jak rodzice decydują się na dziecko, tak my zdecydowaliśmy, że czas zbudować coś swojego. Tym samym staliśmy się jedyną firmą w kraju, która buduje centra handlowe w oparciu o polski kapitał, zatrudniając polskich podwykonawców i oczywiście polski zespół zarządzający. Tym samym jesteśmy wzorowymi podatnikami, ponieważ dokładamy swoją cegiełkę do rozwoju rodzimej gospodarki, a nie wzmacniamy tę portugalską czy niemiecką.

Teraz przygotowania do rajdów pochłaniają lwią część Pana czasu. Wolne chwile poświęca Pan rodzinie. Gdzie tu miejsce dla biznesu? Jak udaje się Panu ciągle trzymać rękę na pulsie i skutecznie doglądać interesu? Jak Pan zarządza swoimi firmami, które w dodatku specjalizują się w kilku różnych branżach?

Niektórzy moi pracownicy są ze mną od ponad 20 lat. Mam do nich pełne zaufanie. Wypracowaliśmy prosty schemat. Oni prowadzą powierzone im projekty, wypełniają codzienne obowiązki, a mnie angażują tylko w sytuacji, kiedy wymagana jest decyzja. Otrzymuję wówczas krótki, żołnierski SMS, w którym są niezbędne informacje, rekomendacja i pytanie o decyzję. Jeśli potrzebuję pogłębić swoją wiedzę, przedyskutować rozwiązanie czy omówić rekomendację – spotykamy się i rozmawiamy. Dzięki temu, nie muszę śledzić całego procesu, a to pozwala mi zaoszczędzić mnóstwo czasu potrzebnego na inne aktywności. Moim mobilnym biurem jest telefon. Nie używam e-maila, ponieważ ludzie piszą zbyt długie i rozwlekłe wiadomości, podczas gdy to co najważniejsze spokojnie można zmieścić w jednym SMS-ie. Tak, jak podczas Rajdu Dakar opracowaliśmy schematy pozwalające mi na dłuższy sen i regenerację, tak w biznesie mamy wydeptane ścieżki pozwalające prowadzić wiele projektów równocześnie.

 

Rafał Sonik

fot. archiwum Rafała Sonika

 

W sporcie nie zwalnia Pan tempa, a w biznesie? Czy jako przedsiębiorca jest Pan już spełniony? Ciągle ma Pan wiele do zrobienia i stawia sobie zawodowe cele, czy raczej nastawia się Pan już na zyski z dotychczasowych inwestycji?

Gospodarka nie toleruje stagnacji. Rozwój jest jej istotą – podobnie jak i człowieka.

 

Nie wyobrażam sobie, że można w pewnym momencie spocząć na laurach i tylko odcinać kupony.

 

Tak, jak w sporcie szukam nowych wyzwań, tak nie boję się ich w biznesie. W marcu tego roku otworzyliśmy nasze trzecie Centrum Handlowe – Gemini Park w Tychach. Od momentu powstania planu do przecięcia wstęgi minęło kilkanaście lat. Jesteśmy cierpliwi, bo nasze projekty często wymagają czasu, i zdajemy sobie sprawę, że podobnie będzie w przypadku kolejnych.

Często mówi Pan, że pierwsze lata Pana działalności biznesowej zupełnie Pana pochłonęły. Efekty są imponujące i widzimy, jak do dzisiaj procentują. Ale jakie niematerialne koszty musiał Pan jednak ponieść, by ugruntować swoją pozycję?

Najlepiej na to pytanie odpowiedziałby Pani mój zespół współpracowników. Były lata, kiedy pracowaliśmy od 8.00 do 20.00. Wymagałem od moich pracowników ogromnego zaangażowania, ale nigdy większego niż moje własne. Z czasem musiałem przenieść akcenty i podporządkować swoje życie kalendarzowi. Każdy dzień mam zaplanowany co do godziny, od porannego treningu, poprzez spotkania, telekonferencje i wiele innych zobowiązań. Od dwóch lat pojawiła się w nim również dodatkowa przestrzeń dla mojego syna. I to jest chyba największy niematerialny koszt, jaki ponoszę – miesiąc na dwóch rajdach w Ameryce Południowej, to miesiąc poza domem.

Czy czegoś Pan żałuje? Coś zrobiłby Pan inaczej?

Moja przyjaciółka ze Stanów Zjednoczonych napisała mi ostatnio krótką wiadomość: „I see you are enjoing life and doing good things” („Widzę, że cieszysz się życiem i robisz dobre rzeczy” przyp. red.). Niech to będzie odpowiedzią na pytanie, czy chciałbym coś zmienić w swoim życiu.

 

Rafał Sonik

fot. archiwum Rafała Sonika

 

Co ciągle napędza Pana do działania?

Energia ludzi. Opowiem to Pani na przykładzie. Kiedy w 2007 roku rozpoczął się remont kolejki na Kasprowy Wierch, postanowiliśmy godnie pożegnać „Babcię Kolejkę”. Zebraliśmy zakopiańskich seniorów: naszych olimpijczyków, narciarzy, taterników, przewodników, emerytowanych ratowników TOPR, dawnych pracowników i potomków budowniczych kolejki, a nawet koników. Stworzyliśmy społeczność, która zżyła się do tego stopnia, że od tamtego czasu spotyka się trzy razy w roku. Podczas takich wydarzeń uświadamiamy sobie wartość, jaka zawiera się w uścisku przyjaciela, głębokim spojrzeniu w oczy i szczerej rozmowie. We współczesnym, zdigitalizowanym świecie, gdzie komunikacja odbywa się przede wszystkim przez komunikatory oraz e-maile, takie spotkania napełniają mnie wiarą, że to co robię, ma sens. Nie tylko dla mnie, ale i dla innych. Czuję, że mogę inspirować i motywować do zmiany. Do podejmowania nowych wyzwań. Czy wyobraża sobie Pani lepsze paliwo?

Pana przykład pokazuje, że pasja jest dobrą kanwą biznesu. Ale czy uważa Pan, że może tak być w każdym przypadku?

W odniesieniu do tego, o czym rozmawialiśmy wcześniej, pasja jest wpisana w definicję zaangażowanego przedsiębiorcy. Jeśli pyta Pani o „biznes”, podejrzewam, że da się prowadzić go bez pasji. Pytanie tylko, jaką ma on wówczas wartość dla nas, naszych bliskich, społeczności lokalnej, kraju? Potrafię sobie wyobrazić prezesa, który tylko sprawdza słupki oraz wykresy i stresuje się wynikami finansowymi swojej firmy. Może nawet twierdzić, że taki styl pracy jest równocześnie jego największą pasją. Pytanie tylko, ile w tym „prawdziwej pasji”.

W sporcie nie raz był Pan już pokiereszowany, ale kontuzje Pana nie załamały, zawsze podnosił się Pan mocniejszy. A jak jest w biznesie? Jakie największe przeszkody miał Pan do pokonania?

Jest taka książka Johna Calvina Maxwella Czasem wygrywasz, a czasem się uczysz. To kwintesencja właściwego podejścia do upadków zarówno w sporcie, jak i biznesie. Jeśli decyduję się na start w rajdzie, jestem świadomy, że aby dotrzeć do mety, muszę pokonać przeróżne przeszkody. Grząski piasek, potężne wydmy, wysokie góry i wąskie ścieżki na skraju przepaści, kamieniste koryta wyschniętych rzek czy wysoko położone przełęcze, na których choroba wysokościowa odbiera oddech i zdolność trzeźwego myślenia. Czasem boli, a czasem wyczerpanie wyciska łzy z oczu i każe krzyczeć. Jeśli wiesz, co Cię czeka, wiesz też mniej więcej, jak sobie z tym poradzić, to na pewno możesz się przygotować. Tak samo jest w biznesie. Dlatego wolę nie mówić o przeszkodach, ale o tym jak je pokonać. Często pytam moich współpracowników, czy chcą być problemem czy rozwiązaniem? Lokomotywą czy wagonem? To pozwala uświadomić sobie, że problem wcześniej czy później pojawi się na naszej drodze, a my nie mamy o nim mówić, tylko go rozwiązać.

Swoją energię pożytkuje Pan także w działalności filantropijnej. Wspomniał Pan już o Stowarzyszeniu Siemacha, z którym jest Pan utożsamiany od 1992 roku, wspiera Pan WOŚP i inne inicjatywy społeczne. Mówi Pan, że pomaganie to przywilej. Dlaczego?

Miejsce, w którym teraz jestem, zawdzięczam w dużej mierze swojej pracy, ale nie tylko. Wspominałem o pociągu, który we wczesnych latach 90. odjechał ze stacji i z czasem coraz bardziej nabierał pędu. Gdybym był wtedy młodszy, nie miałbym szans do niego wskoczyć.

 

Spotkałem na swojej drodze wielu ludzi, którzy pomogli wybrać mi właściwe kierunki rozwoju. Czuję się więc uprzywilejowany i zobowiązany, by pomóc innym.

 

Po latach pracy mogę też nadać swojemu życiu większą wartość, dzieląc się z innymi. Czy to nie jest przywilej?

Jaką jedną najważniejszą radę, bazując na swoim doświadczeniu, dałby Pan innym polskim przedsiębiorcom?

Myślę, że możemy zatoczyć koło i wrócić do tematu, od którego zaczęliśmy rozmowę. Kluczem – moim zdaniem – jest pasja. Jeśli działasz z pasją i tworzysz wartość, możesz liczyć na satysfakcję i zadowolenie. Jeśli podzielisz się tą wartością z innymi, będziesz spełnionym człowiekiem.

Bardzo dziękuję za rozmowę.

 

Rafał Sonik

fot. archiwum Rafała Sonika

O autorze:

Dominika Studniak

Dominika Studniak - redaktor, copywriter. Pierwsze szlify zdobywała w tradycyjnej prasie drukowanej, później przeniosła się do sieci. Realizuje projekty związane z administrowaniem portalami internetowymi i ich optymalizacją, copywritingiem i content marketingiem. Od 2010 r. związana z firmą NNV, która zarządza serwisami internetowymi Firmy.net i Nieruchomosci-online.pl. Redaktor naczelna e-magazynu „FIRMER”.

Komentuj za pomocą Facebook'a

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Administratorem danych osobowych jest NNV AG. Twoje uprawnienia.