Nieważne gdzie, ważne, by robić swoje. Rozmowa z George’em Darchiashvilim

George Darchiashvili

fot. materiały prasowe George’a Darchiashviliego

Gruzja to kraj, z którego pochodzi. Polska to miejsce, w którym obecnie żyje. Opowiada historie za pomocą aparatu fotograficznego, zamykając w kadrach ulotne momenty i emocje. George Darchiashvili, fotograf gruzińskiego „National Geographic”, wykładowca Akademii Sztuk Pięknych w Tbilisi im. Apolona Kutateladze i od niedawna przedsiębiorca, opowiada o swojej pasji i o tym, jak to jest zakładać własną firmę w Polsce.

 

Z wykształcenia jesteś fotografem. Fotografia to nie tylko Twój zawód, ale też sposób na życie, pasja. Od zawsze tak było?

Miałem 9 lat, gdy dostałem pierwszy aparat od ojca. To był analogowy, bardzo prymitywny sprzęt. Wtedy w Gruzji panowała bieda, codziennie dostawałem 20 tetri, czyli ok. 30 groszy, żeby zjeść słodką bułkę w szkole. Ale ja miałem inny cel. Musiałem kupić film do aparatu, który kosztował 5,50 lari, czyli ok. 9 złotych. Było dla mnie niesamowicie ciekawe, jak małe plastikowe pudełko może uchwycić chwile. Niestety po roku aparat został skradziony z mojej urodzinowej imprezy. Przyjąłem to jednak jako wyzwanie, a nie powód, żeby się poddawać.

Wtedy nie myślałem jeszcze, żeby zostać fotografem. Chciałem być detektywem, dlatego uczyłem się prawa, czytałem książki. Żeby dostać się na studia, zabrakło jednego punktu. Wtedy kolega powiedział mi: „Wszystko złe dzieje się po to, żeby sukces był słodki. Znalazłem ten stary aparat w szafie, a ty lepiej wiesz, co z nim zrobić” i podał mi aparat marki Zenit.

Szkoła fotografii dokumentalnej Sepia pomogła mi zrozumieć i poznać wszystko to, czego tak naprawdę potrzebowałem. Przyjeżdżali tam fotografowie z agencji Magnum Photos, dużo też rozmawialiśmy o „National Geographic”. Pamiętam, że praca dla Magnum lub NG była marzeniem wszystkich studentów.

Po roku zacząłem studia w Akademii Sztuk Pięknych w Tbilisi na fakultecie historia sztuki, teoria i konserwacja. Później zdobyłem tytuł magistra na kierunku intermedia, ale w trakcie robiłem już liczne kursy dla fotoreporterów i pracowałem jako fotoreporter dla gazety „24 hours”. Praca była dość ekstremalna, często musiałem być w niebezpiecznych sytuacjach, ryzykując własnym życiem. Któregoś razu wracając z podobnej akcji, pomyślałem, że tematy, które fotografuję, szybko się przeterminowują, za dwa dni nikt już o nich nie pamięta. Zacząłem się zastanawiać, czym się wyróżnić od innych fotografów.

I jaki znalazłeś na to sposób?

Pewnego wieczoru spacerowałem po ulicy, przy której znajduje się straż pożarna. Włączył się alarm, strażacy wskoczyli do wozu strażackiego i szybko wyjechali na akcję. Całą noc spędziłem, rozmyślając. Jakiś czas wcześniej bliska mi osoba zginęła w pożarze, a ja w żaden sposób nie mogłem pomóc. Postanowiłem przygotować pewien projekt i następnego dnia wróciłem do straży z aparatem w ręce, mówiąc, że mam do zrobienia zadanie na studia. Strażacy chętnie pokazali mi sprzęt, gdzie śpią, co jedzą. Myśleli jednak, że mój projekt skończy się po pierwszym dniu i zdziwieni byli, kiedy wróciłem kolejnego. Dopiero po roku spytali, czy skończyłem już studia i dlaczego do nich przychodzę. Opowiedziałem im wówczas swoją historię. Powiedziałem także, że chcę się dowiedzieć, czy strażacy naprawdę robią wszystko, aby uratować życie. Projekt trwał w sumie 4 lata. Staliśmy się sobie bliscy, zaufali mi. Trenowałem z nimi, jadłem, pracowałem. Jednak przyszedł czas na zakończenie projektu, ponieważ dostałem się na Uniwersytet Artystyczny w Poznaniu.

Jakie wnioski wyciągnąłeś z projektu ze strażakami? Jaki był jego finał? Czy teraz uważasz, że faktycznie robią wszystko?

Podczas projektu kilka razy musiałem schować aparat i im pomóc. Teraz wiem, że robią oni absolutnie wszystko, by ratować innych. Jeden z nich zginął podczas akcji ratunkowej w czasie w powodzi w Tbilisi. Uderzyła w niego fala, gdy ewakuował innych ludzi. W trakcie projektu razem jeździliśmy jednym samochodem do zdarzeń. Od momentu, gdy skończyłem ten projekt, zawsze jak słyszę syrenę, to wszystkie te emocje i adrenalina wracają do mnie. Przed oczami mam zdjęcia, które sam robiłem.

 

Każdy projekt, który robię, zostawia swój ślad. To część mojego życia.

 

Co w fotografii interesuje Cię najbardziej? Co najchętniej fotografujesz?

Bardzo lubię projekty długoterminowe, kiedy mogę pracować nad nimi co najmniej kilka dni, żeby poznać ludzi, zyskać ich zaufanie, chcę, żeby czuli się swobodnie. Lubię ich obserwować.

 

George Darchiashvili

fot. George Darchiashvili

 

Jak wygląda Twoja praca w gruzińskim „National Geographic”? Jakie umiejętności i cechy trzeba mieć, by móc fotografować dla tego pisma? Opowiedz, proszę, o swoich sukcesach i karierze w świecie fotografii.

Po powrocie do Gruzji zacząłem pracować w Akademii Sztuk Pięknych, gdzie uczyłem fotografii. Pewnego dnia dostałem telefon od redaktora „National Geographic”, który poprosił o spotkanie, na którym pokazałem portfolio. Tydzień później w Tbilisi była powódź i zalane zostało zoo w centrum miasta. Dostałem kolejny telefon od redakcji, aby to sfotografować. Potrzebowali fotografa, który wejdzie do zoo, z którego uciekły wszystkie zwierzęta. Zgodziłem się i był to pierwszy reportaż, który został opublikowany na stronie internetowej NG. Moją pierwszą publikacją w magazynie drukowanym był temat o katolikach mieszkających w Gruzji.

Po podpisaniu umowy jako fotograf w National Geographic były miesiące, podczas których tylko 2 dni spałem w domu. Czasem byłem w górach, szukając niedźwiedzi, czasem nad morzem, spędziłem wiele nocy w parkach botanicznym, robiąc projekt Night Gardens, jeździłem konno z Eatlife w ramach projektu Kings road. Pływałem na statku z badaczami Morza Czarnego. To wymarzona praca dla fotografów, którzy uwielbiają to, co robią, są otwarci na nowe doświadczenia, nie boją się eksperymentować. Wymaga jednak bardzo dużo pracy nad sobą.

Pracując w „National Geographic”, znalazłem także czas na współpracę z Kasią Pakosińską, wykonując zdjęcia do książki Samaradiso. A także niemal zdobyłem wierzchołek góry Kazbek w ramach projektu Marzeniami Macieja Frankiewicza.

 

Trzeba chcieć zawsze iść dalej. To jest tak, jakby jeździć samochodem w głębokim błocie i śniegu – jak się zatrzymasz, ciężko jest znowu ruszyć.

 

Niedawno przeprowadziłeś się do Polski i otworzyłeś własną działalność związaną z fotografią. Co Cię do tego zmotywowało?

Kilka miesięcy przed powrotem do Gruzji, kiedy już miałem plany i wiedziałem, że będę mógł pracować w Akademii Sztuk Pięknych w Tbilisi, przez przypadek poznałem Weronikę i przez 3 lata bardzo się staraliśmy, żeby co drugi miesiąc być razem. Czasami ja latałem do Polski, czasami ona do Gruzji. Po zaręczynach w Batumi, zdecydowaliśmy, że ktoś musi się przeprowadzić. Ja wcześniej mieszkałem już w Polsce, znałem język, padło więc na mnie. Bardzo ciężko było wyjechać z kraju, w którym masz rodzinę, wymarzoną pracę i warunki, żeby mieszkać spokojnie. Ale miłość jest mocniejsza. Weronika ma bardzo fajną rodzinę, która cały czas mnie wspiera i pomaga czuć się jak u siebie w domu.

Kiedy przyjechałem do Polski miałem miłość w sercu i aparat w ręce. Cały rok szukałem pracy, ale bez znajomości, czasami nikt nawet mojego portfolio i CV nie chciał zobaczyć. Czuję jednak i wiem, że fotografia jest tym, co umiem robić dobrze i co chcę robić w życiu dalej. Wierzę, że mogę zrobić zdjęcia, które w ludziach wzbudzą emocje.

 

George Darchiashvili

fot. George Darchiashvili

 

Osoby pochodzące spoza Polski, spoza Unii Europejskiej muszą na swojej drodze pokonać liczne bariery w postaci zezwoleń regulujących status i pobyt na terenie państwa. Ile trwa proces związany z załatwieniem wszystkich formalności?

Bez karty pobytu miałem związane ręce, ponieważ nie mogłem nigdzie pracować. Wtedy robiłem jeszcze doktorat na uniwersytecie, powrót do Gruzji też nie wchodził więc w grę. Byłem długoterminowym turystą. Po złożeniu wniosku czas oczekiwania na kartę pobytu też jest bardzo długi, ale nie ma żadnych problemów z jej uzyskaniem.

Co stanowiło dla Ciebie największą trudność przy zakładaniu firmy?

Założenie firmy było najłatwiejsze ze wszystkich formalności. Wypełniłem formularze i firma otwarta. Dopiero potem zaczynają się problemy. Prowadząc firmę w Polsce jest ciężko, dlatego że więcej czasu musisz poświęcić na biurokrację niż swoją pracę.

Jak się odnajdujesz na polskim rynku?

Długoterminowe projekty, o których już mówiłem, są bardzo ciekawe, ale niewiele osób je zamawia. To coś dla przedsiębiorcy mającego swoją firmę i chcącego mieć reportaż o tym, jak pracuje firma. Przykładem jest współpraca z gruzińską firmą Eatlife, którą miałem przyjemność kilkakrotnie fotografować podczas ich niesamowitych konnych rajdów i wypraw z klientami. Współpracowałem także z Mountain Freaks – Mountain Travel & Adventure Agency, chodząc po górach i odkrywając nieznane, nawet dla mnie egzotyczne wioski. W Polsce taki rodzaj reportaży jest jednak mało popularny.

Dlatego zdecydowałem się trochę zmienić profil i zająć się fotografią rodzinną. Na to jest zdecydowanie większy popyt. Rodziny mają wybór: mogą zrobić sesję studyjną, jak pogoda dopasuje to w plenerze, albo sesje typu lifestyle, kiedy to ja przyjeżdżam do nich do domu i robię sesję naturalną.

Moim drugim ulubionym rodzajem reportażu jest reportaż ślubny. W nim najważniejsze jest uchwycenie emocji. Dojeżdżam do każdego miasta w Polsce, mogę też i polecieć za granicę. Także reportaż eventowy jest mi bardzo bliski ze względu na to, co robiłem wcześniej i dlatego, że wiem, jak uchwycić najciekawsze momenty. Moje doświadczenie pozwala mi być otwartym na różne propozycje.

Co stanowi Twój wyróżnik spośród innych firm zajmujących się fotografią?

Wyróżnić się jest bardzo trudno. Na polskim rynku jest bardzo dużo dobrych i… nie do końca dobrych fotografów. Żeby znaleźć swoje miejsce, trzeba mieć coś oryginalnego. Na większości zdjęć, które widzę, jest to samo. Większość wesel wygląda tak samo. Może zauważyłem to dlatego, że nie jestem Polakiem i inaczej patrzę na wiele rzeczy.

 

Cały czas myślę, jak zaskoczyć, jak zrobić coś innego, jak się nie powtarzać. Do tego trzeba mieć umiejętności, doświadczenia, nowe pomysły.

 

Tak naprawdę wtedy wchodzi w grę to, kim jestem, to wszystko jest źródłem moich pomysłów. Często widzę, jak konkurencja stara się powtarzać to, co robię. Nie mam z tym problemu, bo nigdy nie wychodzi jej tak samo. Dlatego że to nie są jej emocje, nikt też nie może przeżyć moich emocji tak jak ja.

Czy według Ciebie trudno być w Polsce przedsiębiorcą?

Są rzeczy, które ułatwiają prowadzenie firmy w Polsce, ale są też takie, które potrafią to mocno utrudnić. Mały ZUS daje trochę czasu na start, ale późnej jest tak wysoki, że trzeba szybko działać, bo inaczej będzie trzeba zamknąć firmę.

Jakie masz plany na przyszłość?

Ostatnio w firmie bardzo dużo się dzieje. Na razie moje studio jest mobilne, pakuję wszystko do samochodu i robię kilkudniowe rodzinne sesje w różnych miastach. Zeszłoroczny cykl sesji świątecznych miał bardzo duży i pozytywny odzew. Cały czas staram się lepiej dopasować do potrzeb klientów. Właśnie odświeżam stronę internetową dzio.ge, na której na bieżąco będą dodawane wszystkie oferty i sesje. W przyszłości planuję znaleźć lokal na studio, bo sezon zimowy jednak tego wymaga. Na szczęście mam bardzo dużo pomysłów na tego typu zdjęcia.

Co byś poradził innym obcokrajowcom planującym otworzyć działalność w Polsce?

Jeszcze nie mam tyle doświadczenia, żeby komuś coś poradzić. Myślę jednak, że trzeba kochać to, co się robi. I nie poddawać się, jak wrzucają ci na głowę wszystkie możliwe papiery do wypełnienia. Trzeba zrobić wszystko krok po kroku i odnaleźć drogę. Nie jest łatwo, ale jest to możliwe.

Dziękuję za rozmowę.

 

 

George Darchiashvili

fot. George Darchiashvili

 

 

O autorze:

Marta Sośnicka

Marta Sośnicka - Specjalista ds. Marketingu. Członek zespołu redakcyjnego e-magazynu FIRMER.

Komentuj za pomocą Facebook'a

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Administratorem danych osobowych jest NNV AG. Twoje uprawnienia.