Czego banki nie mówią przedsiębiorcom?

Aleksander Widera_Czego banki nie mówią przedsiębiorcom

fot.John T / elements.envato.com

Wyobraź sobie następującą sytuację: pojawia się okazja biznesowa – dostawca oferuje sporą zniżkę na towar. Jest jednak warunek – całość ceny trzeba zapłacić z góry. Nie chcąc zachwiać swoją sytuacją płynnościową, przedsiębiorca postanawia wziąć kredyt. I tu zaczynają się schody…

Reklamy w telewizji, radiu i internecie pełne są zachęcających informacji o kredycie dla mikroprzedsiębiorców: „Wypłata środków w 24 godziny”, „Decyzja kredytowa od ręki”, „Do pół miliona złotych” i to wszystko „bez zabezpieczeń”. Często też można się spotkać z ofertami „za darmo” lub za „0%”. Każdy przedsiębiorca wie, że świat nie jest tak różowy, a reklamowe slogany mówią tylko połowę prawdy, starannie kamuflując tę drugą, mniej wygodną część.

Co zatem zrobić, jeśli właśnie przekalkulowałeś, że dzięki kredytowi będziesz mógł zwiększyć zyski? (Na marginesie warto przypomnieć, że bez kalkulacji nie należy sięgać po kredyt – pisałem o tym w „FIRMERZE” nr 2/2018 i nr 4/2017).

Pytaj, pytaj i jeszcze raz: pytaj

Porównując oferty kredytowe banków, warto pamiętać o podstawowej zasadzie: jeśli oprocentowanie wydaje się wyjątkowo atrakcyjne, należy baczniej przyjrzeć się prowizji. Jeśli na stronie internetowej lub w reklamie widnieje hasło „bez prowizji”, koniecznie trzeba zwrócić uwagę na oprocentowanie oraz opłaty za rozpatrzenie wniosku czy ubezpieczenia.
Ponadto wciąż jeszcze funkcjonują opłaty za wcześniejszą spłatę kredytu, a w przypadku tzw. linii kredytowej często pojawia się również „oprocentowanie”… niewykorzystanej kwoty kredytu.

 

Łatwo zgubić się w gąszczu różnego rodzaju kosztów podstawowych i dodatkowych.

 

Na szczęście, mamy do dyspozycji wiele środków komunikacji: można porozmawiać na czacie, poprzez wideo, telefonicznie lub z doradcą w oddziale. Warto spisać sobie na kartce wszystkie pytania i odhaczać po kolei – aby uzyskać kompletny obraz kosztów i formalności, które czekają potencjalnego kredytobiorcę.

Na ostatniej prostej

Odwiedzając tylko strony internetowe banków, trudno uzyskać całościowy obraz kosztów. Znajdziesz tam raczej sformułowania ogólne w rodzaju: „oprocentowanie już od…” czy „prowizja nawet…”. Konkretne wyliczenia dla swojego przypadku przedsiębiorca poznaje często dopiero na etapie akceptacji wniosku kredytowego. Nierzadko finalna kwota ma niewiele wspólnego z tym, o czym informowała reklama.

Dopiero na sam koniec bankowej procedury, niejako na ostatniej kredytowej prostej, pojawia się zwykle konieczność wykupienia dodatkowego ubezpieczenia. Jego zalety są dla przedsiębiorcy znikome, trudno jednak na chwilę przed osiągnięciem celu zaczynać negocjacje od początku. Gdy terminy gonią, biznesowa okazja czeka, może po prostu brakować czasu na szukanie alternatywy.

Nowe znaczenie słowa „natychmiastowo”

Wielu małych przedsiębiorców dzięki procesowi kredytowemu w banku poznało nowe znaczenie słów „natychmiastowo” i „szybko”. Decyzja kredytowa miała właśnie tak zapaść, ale niestety… Wszystko trwało znacznie dłużej. Osobiście znam przedsiębiorców, którzy we własnym banku czekali na decyzję kredytową prawie dwa tygodnie.
Czasami szybka jest tylko wstępna decyzja kredytowa, a czasami rzeczywiście, decyzja jest błyskawiczna – ale jest poprzedzona wieloma dniami zbierania dokumentacji, wypełniania formularzy i kompletowania zaświadczeń.

A zatem, rozpoznając wstępnie ofertę kredytową banków, warto pytać nie tylko o ceny, ale również o formalności. Jeśli dowiesz się, że podczas spotkania z doradcą w oddziale trzeba wypełnić bankowy druk, dopytaj jeszcze, ile ma on pól i co trzeba uzupełnić. Przecież nie wszystkie liczby związane z prowadzoną działalnością przedsiębiorca ma zawsze w głowie, niektóre trzeba sprawdzić w dokumentach księgowych czy w umowach (np. umowie leasingowej).

Brak zdolności kredytowej?

To oczywiste, że banki muszą zarabiać na udzielanych kredytach, nie są przecież instytucjami charytatywnymi. Dlatego przeprowadzają ocenę ryzyka i pieniądze pożyczają tylko tym podmiotom, które będą w stanie je zwrócić. Tymczasem mikrofirmy, zwłaszcza te działające od kilku (a nie od kilkudziesięciu) lat, nie generują zazwyczaj spektakularnych zysków. Większość wpisuje w koszty wszystkie dopuszczalne prawnie pozycje (samochody, telefony, sprzęt elektroniczny, najem pomieszczeń biurowych itp.), a przychody pokrywają je tylko z niewielką nadwyżką. Dlatego może okazać się, że pomimo atrakcyjnie brzmiących deklaracji w reklamach, drobny przedsiębiorca kredytu w banku jednak nie dostanie.
Jeśli przedsiębiorca chciałby podnieść swoją zdolność kredytową, przedstawiając bankowi przychody swojego małżonka lub osiągane poza działalnością gospodarczą, każdą kwotę musi rzetelnie udokumentować. A bank poświęci kilka dni na weryfikację.

Analizując rynek kredytów obrotowych (czyli na bieżącą działalność) dla małych firm, można zauważyć dwa nurty:

  • skrupulatne badanie każdego przedsiębiorcy zgłaszającego się po kredyt, co skutkuje mnogością dokumentów i zaświadczeń, a także kilkudniową weryfikacją i – oczywiście – wymaga co najmniej dwóch spotkań w oddziale;
  • automatyzację procesu kredytowego, co z kolei nie uwzględnia różnorodności firm zgłaszających się po kredyt, odrzucone mogą zostać obiecujące biznesy niespełniające w danej chwili kryteriów.

Świat się zmienia

Tradycyjna metoda oceny wiarygodności kredytowej rzeczywiście może być trudna w przypadku najmniejszych przedsiębiorstw. Żyjemy jednak w XXI wieku i z pomocą przychodzą nam technologia, zaawansowane modele statystyczne, algorytmy uczące i sztuczna inteligencja. Ryzyko kredytowe można bardzo skutecznie szacować, analizując historię rachunków bankowych. Są już aplikacje, które robią to w kilka minut, dodatkowo łącząc się z bazą BIK czy GUS – w ten sposób zastępują pracę, którą jeszcze niedawno wykonywałby analityk kredytowy.
Mogłyby to robić także banki, ale na przeszkodzie stoją dwie kwestie. Po pierwsze, w zautomatyzowany sposób mogłyby analizować wyłącznie swoich klientów. Po drugie, banki nie zawsze potrafią wycisnąć z takiej analizy maksimum wiedzy. Zresztą nie mają ku temu specjalnie motywacji, bo jako duże instytucje mają wiele innych grup klientów, w tym także te mniej „kłopotliwe”.
I w tym właśnie miejscu na scenę wkraczają firmy z branży fintech dysponujące najnowocześniejszymi rozwiązaniami technologicznymi, elastyczne i na tyle niewielkie, by móc skoncentrować się na jednym, wybranym segmencie klientów.

Polskie banki są często zdecydowanie bardziej zaawansowane technologicznie niż ich zachodnie spółki matki. Nasze systemy bankowości internetowej i mobilnej chwalone są powszechnie za nowoczesność i bezpieczeństwo. A wciąż pozostaje jednak jedna, nieco zaniedbana, grupa klientów: to jednoosobowe działalności gospodarcze, czyli mikro- i małe firmy. Dlatego warto dobrze uzbroić się przed kontaktami z bankiem. Albo skorzystać z oferty fintechów!

O autorze:

Aleksander Widera

Aleksander Widera - Pomysłodawca, założyciel i prezes fintechu Kredytmarket.com, oferującego kredyty dla przedsiębiorców, całkowicie on-line. Wcześniej przez 15 lat związany z rynkiem produktów inwestycyjnych (IPOPEMA), bankowością (mBank) i usługami doradztwa gospodarczego (PwC).

Komentuj za pomocą Facebook'a

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Administratorem danych osobowych jest NNV AG. Twoje uprawnienia.